Syberia
w poszukiwaniu przeszłości i przyszłości 2009-2015
  1. 2015
  2. 2013
  3. 2012
  4. 2011
  5. 2010
  6. 2009

Reportaż 2010

    Jest początek 1940r. – luty. Na ulicy panuje cisza. Na skraju miejscowości, tuż przy drodze stoi niewielki dom. W środku panuje półmrok. Na komodzie w największym pokoju tli się świeczka. W jej świetle ojciec usiłuje czytać książkę – lecz jego wzrok co chwila przenosi się na drzwi. Po drugiej stronie pomieszczenia, w głębokim fotelu siedzi matka cerując ubrania – każdy szmer sprawia, że kłuje się igłą w palec. Na łóżku, po ścianą niespokojnie śpią, przytulone do siebie dwie dziewczynki. Ciszę przerywa szczekanie psa. Oczy matki i ojca spotykają się. Stukanie do drzwi. Twarze wykrzywiają się w dziwnym grymasie. To ostatni wieczór w domu … zaczyna się podróż bez końca, w głąb Rosji. Podróż z jedną walizką – niby przygotowaną - lecz i tak pospiesznie zabraną z domu…

    Wywózki, deportacje, łagry, obozy pracy, Syberia – to hasła zawierające w sobie potężny ładunek emocjonalny; to też zamknięty w nich los, jaki spotkał wiele polskich rodzin w latach 40 -stych. Jeszcze wczoraj kraina łez, bólu, rozstań, śmierci … Dziś to też miejsce szlaków turystycznych, zapierających dech w piersiach górskich widoków. Miejsce gdzie mimo upływu lat duch historii, unosi się nad ziemią … jeszcze przez chwilę można go złapać…

    Obecnie wyjazd na Syberię kojarzy się głównie z koleją transsyberyjską. To kilkudniowe przejazdy w wagonach wypełnionych mieszanką kulturową. Wyprawa na Syberię to kąpiel w Bajkale, wędrówki po Górach Ałtaju, wizyta u Ewenków lub kilka dni spędzonych u Polaków w Wierszynie – enklawie Polaków na Syberii. Syberia przyciąga coraz więcej spragnionych przygody ludzi.

    Można ją jednak inaczej poznać – można pojechać tam, nie po to by zdobywać szczyty, nie po to by kąpać się w jeziorze, czy po to by spać w 60 osobowym wagonie i poznać tam Pasze, Sasze lub Sergieja. Można pokonać 5000 km, tylko po to by chodzić po syberyjskich wioskach, słuchać ludzi, szukać śladów przeszłości na cmentarzach, siedzieć w archiwach i budować kościół. Dziś można wracać do przeszłości, można zadawać pytania, choć nie zawsze uzyska się na nie jakąkolwiek odpowiedź.

Wchodzisz do wioski i zaczynasz zadawać pytania…

    …niby nic wielkiego, a jednak wywołujesz poruszenie. Jest coś, co Cię odróżnia od mieszkańców. Może to pozornie niewidoczna ciekawość świata, otwartość na wyciągnięcie ręki, może to spodnie wojskowe, może po prostu sprzęt fotograficzny. Nikt nie wskazuje Cię palcem, ale kilka par oczu uważnie obserwuje.

    Poszukiwanie śladów historii to rozmowy z ludźmi – czasem właściwie tylko oni są potwierdzeniem jakiegoś faktu, zdarzenia czy istnienia drugiego człowieka. Tak jest i teraz. Kraj Ałtajski, to miejsce zsyłki ponad 17 tyś Polaków w latach 1939 – 1942. W okolicach Bijska –gdzie stanęła nasza stopa – znajduje się wiele „specposiołków” (tj. wiosek dla zesłańców), wspominanych przez ludzi łagrów; część z nich wciąż nieodkryta przez współczesnego człowieka. O tym, że wśród drzew, krzewów przy takiej czy innej wiosce, znajdują się mogiły pomordowanych lub po prostu zmarłych wskutek wycieńczenia, głodu, chorób Polaków – raczej mało kto dzisiaj pamięta. Dlatego wędrujemy, od wioski do wioski, od domu do domu, od człowieka do człowieka. Projekt „Syberia – w poszukiwaniu przeszłości i przeszłości” – to szukanie, pytanie, drążenie. Wyjazd w Kraj Ałtajski grupy młodych ludzi, którzy dają siebie innym, to nie wędrówka po szlaku, to nie szalona podróż „Transsyberianem” – to praca, która sprawia, że człowiek czuje, że żyje.

„Polki, to były piękne dziewczęta…”

    Szukamy, pytamy, drążymy. Ludzie spotykani we wsiach początkowo podchodzą do nas nieufnie, jakby wciąż żyli w obawie, nie wszyscy chcą być fotografowani, że powiedzą coś, co powinno być przemilczane. Dziwi ich – „po co Wam, młodzi, to wiedzieć?” Pytanie niby proste, a jednak po chwili człowiek zatrzymuje się nad tą myślą – po co szukamy informacji o ludziach sprzed 70 lat? Z jednej strony chcemy wypełnić białe plamy w historii choćby pojedynczego człowieka, zbieramy materiały; z drugiej nie chodzi tylko o odnalezienie czyichś śladów – tu na Syberii otrzymujemy namacalną lekcję patriotyzmu, historii.

    W każdej wiosce poszukiwania rozpoczynamy od znalezienia najstarszego mieszkańca. Pytamy o babuszki, dzieduszki, pytamy ludzi czy nie słyszeli historii od swoich rodzin o Polakach zesłanych bądź pracujących w okolicy. Często mało kto nam odpowiada – ludzie nie wiedzą, albo nie chcą mówić, boją się. Czasem jednak po dłuższej rozmowie, jakby się przełamywali, jakby ich pamięć się odblokowywała.

    We wsi Bułanicha spotykamy Rosjanina, który opowiada nam o swoim przyjacielu Polaku, którego ojciec został tutaj zesłany i tak już się osiedlili do końca swoich dni. „To był dobry człowiek, dobry przyjaciel. Jego ojciec zawsze podkreślał, że jest Polakiem, ale nie miał już jak wrócić do kraju”. W miejskim Sojuzie znajdujemy adnotacje o panu – urodzonym w 1907r. I przez chwilę czujemy się jak zdobywcy czterotysięcznika. Na wiejskim cmentarzu, stoi mogiła Polaka – choć już z krzyżem prawosławnym i opisana cyrylicą… Na pożegnanie otrzymujemy od gospodarza plaster świeżego, pięknie pachnącego miodu. Historia łączy się z teraźniejszością a my znajdujemy wspólny język z prostym, rosyjskim człowiekiem.

    We wsi Bieloje lokalna młodzież prowadzi nas do domu pana Krzyżańskiego., który mieszka tu z matką od zesłania w 1940r. Wrócić nie mieli jak i tak zostali na rosyjskiej ziemi. „Jak Wam się tu żyje?” – pytam. Krzyżański odpowiada, uśmiechając się smutno „ A jak się ma żyć? Kisimy się we własnym sosie. Ale nie ma innej możliwości, więc trzeba się cieszyć z tego, co jest.” Tutaj też udaje nam się uzyskać informacje na temat miejscowości, gdzie żyli i pracowali Polacy. Na mapie zaznaczamy miejsca, gdzie mieściły się „specposiołki”, wioseczki zamieszkałe przez zesłańców – nie tylko Polaków, ale też Litwinów, Niemców. Teraz jest tam las – ludzie pomarli, wyjechali – to miejsce do zbadania, trop na kolejną wyprawę.

    Często w opowieściach ludzi pojawiają się dwie miejscowości Pietrowka i Listwianka – dwie miejscowości w przeciwnych od siebie kierunkach. Czasu starcza nam tylko by jechać do jednej z nich – Pietrowki. Jednak tam nie udaje nam się dowiedzieć wiele – najstarsi ludzie ze wsi jakby unikali odpowiedzi. Weteran Wielkiej Wojny Ojczyźnianej twierdzi, że nie było go tutaj w czasie zsyłek. Babuszka, którą wskazał dziadek, też niewiele mówi, choć przyznaje, że na cmentarzu chowali polaków, a ona znała Polkę „Jadwigę”, która mieszkała i pracowała w miejscowości obok w Gordziejewie. Zostawiamy więc Pietrowkę – stawiając przed wyjazdem symboliczny brzozowy krzyż, na cmentarzyku, pamięci Polaków, którzy pewnie leżą gdzieś w ciszy tej ziemi. Jedziemy do Gordziejewa, sprawdzić informację od babuszki. Tam trafiamy na ludzi, którzy znali zesłańców.

    Największe wrażenie robi wizyta u pani Galiny. Prowadzi nas do małego pokoiku. Na łóżku leży malutka, zasuszona, niemal przeźroczysta kobiecina. To matka pani Galiny – ma 97 lat. Pani Galina siada na zydelku, my przykucamy przy łóżku. „Mama, przyjechali Polacy. Pamięta mama jak w czasie wojny, pracowali tu Polacy?!!” – krzyczy niemal do ucha starowinki.”Mama, pamięta mama…?!” – „Byli, byli…” – odpowiada kobieta i zaczyna się przerywana kaszlem krótka opowieść. Historia tych, którzy pracowali w tutejszym kołchozie. W opowieści pojawia się znajoma rodzina matki Galiny – agronom Gryniewicz, jego żona i piękne córki. „Te Polki, to były piękne dziewczynki” – wspomina pani Galina, która jest rocznikowo w wieku „dziewczynek”.,

    Na wyjeździe, każdego dnia, naszym wrogiem jest czas, który biegnie nieubłaganie. Początkowa nieufność Rosjan oraz ich powolne otwieranie się sprawia jakby czas dodatkowo przyspieszał. Mamy mało informacji, czujemy, że zostając tu, wtapiając się w wioskę, otrzymalibyśmy więcej – musimy jednak jechać … czas…

    Szukamy też śladów mogił, ale o nich słyszymy tylko w historiach. W miejscowościach, w których się zatrzymujemy, przechodzimy między grobami w poszukiwaniu polskich nazwisk, zabłąkanych katolickich krzyży, którym udało się przetrwać … porządkujemy zarośnięte miejsca. Nie znajdując niczego, stawiamy symboliczne krzyże – bo nawet jeśli na nic nie natrafiliśmy, to gdzieś tu leżą rodacy. W opowieściach jest jakaś nutka prawdy.

Teczka prawdę Ci powie - Archiwum

    Udało się nam zrobić coś, w co sami do końca nie wierzyliśmy, tak naprawdę mało kto wierzył. A jednak udało się… weszliśmy do Państwowego Archiwum Miasta Barnaul i mieliśmy dostęp do teczek NKWD.

    Przez dwa dni przeglądaliśmy materiały gdzie znajdowały się wzmianki o Polakach. To co nas najbardziej interesowało – teczki osobowe oraz teczki spraw z lat 40 - stych, niestety wciąż są utajnione. Dostęp do nich może być umożliwiony dopiero za 5 lat. Jednak i tak dostaliśmy „Spis polskich obywateli oswobodzonych po amnestii z więzień, karnych obozów pracy, zsyłki i „specposiołków” 1944-1946”. – 28 tomów, w każdym kilkaset znajomo brzmiących nazwisk, miejsce urodzenia, miejsce pracy. Aby wszystko ogarnąć potrzeba by tygodni a my mamy tylko dwa dni … nieubłagalny czas … Możliwość kopiowania oczywiście ograniczona jest tu do minimum, jednak staramy się wykorzystać to jak najbardziej - przywozimy ze sobą do Polski, 10 stron polskich nazwisk z Kraju Ałtajskiego – to może być baza dla dalszych poszukiwań. Oprócz tego pracownice archiwum udostępniają nam teczki spraw z lat 20 - stych i 30 - stych. Dla historyka to nie lada gratka.

Bijsk

    Cmentarz w Bijsku - – „pierwsze miejsce naszej zadumy po przyjeździe na Syberię. Znajduje się tam symboliczna mogiła poświęcona Polakom, właściwie dwie mogiły. Pierwsza z napisem „Pamięci Polaków, zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju. Gdzie są ich prochy, Polsko? Gdzie ich nie ma? Ty wiesz najlepiej. I Bóg wie na niebie”. Druga poświecona Władysławowi Jaruzelskiemu – zesłanemu w Kraj Ałtajski wraz z całą rodziną, zmarłym w Bijsku.

    Tutaj w tym miejscy gdzie na początku listopada, w Dzień Zaduszny, spotykają się miejscowi potomkowie zesłanych Polaków, o zesłańcach, o historii opowiada nam Pan Jagodziński, miejscowa złota rączka, człowiek, który towarzyszy nam przez cały pobyt. Tutaj też po raz ostatni – na pożegnanie –zaśpiewaliśmy „modlitwę harcerską”, stojąc przy nowym krzyżu i ogrodzeniu, które przed chwilą postawiliśmy. Czasem niewiele trzeba by historia nie pochłonęła ludzi w niepamięci – wystarczy symbol…

Dziecięcy uśmiech i „Mały Książę”

    „Syberia – w poszukiwaniu przeszłości i przyszłości” to też teraźniejszość, w której jesteśmy my i ludzie, którzy nas otaczają. Tutaj w Kraju Ałtajskim, większość jest nami zainteresowana, zaciekawiona. W pewnym sensie stanowimy egzotykę – zamiast jechać do ciepłego kraju, leżeć na plaży, przyjeżdżamy na Syberię, aby się zmęczyć. Wędrujemy po chaszczach, po wioskach oddalonych od siebie kilkadziesiąt kilometrów, a gdy wracamy na bazę, to pomagamy ks. Andrzejowi w budowie kościoła - kładziemy gładź, malujemy, wnosimy piec – dokładamy naszą cegiełkę do świątyni Bożej.

    Nawet jeśli początkowo istnieje pewna nieufność w stosunku do nas, to szybko lody zostają przełamane. Staramy się być blisko – czy ludzi na wioskach, czy mieszkańców Bijska, parafian a także tych poznanych przypadkowo. W naszej codzienności są uśmiechnięte siostry zakonne z Korei, które przygotowują nam czasem koreańskie specyfiki. Jest Pan Jagodziński – człowiek orkiestra, dla przyjemności opiekujący się parafialnym ogródkiem. Każdego dnia robi co innego a wieczorem zaprasza na przygotowane przez siebie wspaniałe szaszłyki. Jest Natasza - nauczycielka rosyjskiego, która chętnie uczy się tajników języka polskiego. Z rodziną przyjeżdża mały Jura – Uzbek, który zdobywa serca wszystkich. Pełno jest jego wszędzie, pomaga jak potrafi a w chwilach wolnych gra z chłopcami w piłkę, albo próbuje uczyć się polskiego z czytanki, znalezionej u ks. Andrzeja na strychu. Są parafianie, dzieci, którzy przychodzą w tygodniu, bądź na niedzielne msze. Są także turyści, którzy przed wyprawą w góry, lub tuż po zejściu odwiedzają Bijsk by zaczerpnąć powietrza – tak poznajemy Tomka, Łukasza, Ankę, Szymona, Karola i wielu innych, -z którymi dzielimy talerz ciepłej strawy.

    Jest też Księżyc…ks. Andrzej od 13 lat prowadzący misję katolicką w Bijsku. To tutaj w małej kapliczce, rozbrzmiewają polskie słowa „Naród, który traci pamięć przestaje istnieć”. Księżyc oprócz codziennej boskiej posługi, budowy kościoła, przyjmowania wędrowców, swój czas dzieli też na poszukiwanie mogił, tych, dla których Syberia stała się przymusowym domem. Ks. Andrzej żyje troskami swoich parafian i wplata się w ich życie. Wieczorem siada i mówi „Znam tych ludzi, widzę, kiedy coś się u nich dzieje. Jestem blisko ludzi, dbam o nich. Bo to jest tak, jak w „Małym Księciu”, że „stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś” – a oni są jak rodzina”….

    A potem przychodzi czas odlotu. Plecak spakowany. I jeszcze chwila by zatrzymać się na syberyjskiej ziemi. A lot do Moskwy to już kolejne plany, aby dalej poszukiwać przeszłości…

Przygotowała
Agnieszka Kaniewska

Copyright 2013. Wrocławska Fundacja Edukacji Europejskiej i Współpracy Międzynarodowej Freya. All rights reserved.

projekt: dmstudio.biz modyfikacje: ZaczO